Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moim zdaniem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moim zdaniem. Pokaż wszystkie posty
środa, 24 września 2014
Black Opium-->Valentina-->Si Lolita-->J'adore + Złota zasada zakupoholiczki
Po trzech miesiącach ciągłej pracy i rozjazdów wreszcie powracam do blogosfery- bogatsza o bagaż doświadczeń i wyprzedażowych dobroci :)
Nazbieralo się zaległych recenzji, zdjęć, hauli, sklepów online godnych i niegodnych polecenia.
Dziś zdecydowałam się na krótką notkę o perfumach, które kupiłam by z lekkim poślizgiem uczcić moje lipcowe urodziny.
Parę tygodni temu udałam się do perfumerii Beauty Success w poszukiwaniu Black Opium od YSL, wypatrzonego jakiś czas temu na Sephora.fr. Oczarowana tajemniczym opisem i kawową nutą postanowiłam, że muszę je mieć.
Na miejscu przemiła pani poinformowała mnie, że nie ma mojego wymarzonego flakonu w sprzedaży ALE "może dać mi powąchać". Uśmiałam się szczerze :) No tak, jeśli gdzieś ma nie być tego czego szukam to tylko w Wandei. Najbliższa Sephora to już inny region i 40 minut jazdy samochodem, porządne sieciówki podobnie, Nocibé jakieś takie ubogie- nic tylko kupować na ślepo przez internet...
sobota, 7 czerwca 2014
Dzień niespodzianek z Yves Rocher (atak os, masakra w pudełku i reklamacja)
***
Pani listonosz dostarczyła mi dziś jedną z wielu wyczekiwanych paczek- zamówienie od Yves Rocher.Nie było mnie w domu więc postanowiła zostawić pudełko w ogrodzie. Odchyliła furtkę i... Została boleśnie pokąsana przez osy!
Podczas godzinnej przerwy w pracy zapragnęłam zajrzeć do domu by sprawdzić czy moje skarby już do mnie dotarły- nagle zza ogrodzenia wypadł sąsiad krzycząc:
- Panienka uważa!!!
Zdążyłam odwrócić głowę w jego kierunku i poczułam pieczenie na ramieniu. Kilka rozwścieczonych os rzuciło się w moim kierunku. Przerażona, piszcząc i machając rękoma popędziłam do garażu :) Czekałam tam dobre 15 minut, bojąc się otworzyć drzwi. Gdy wreszcie doszłam do wniosku, że szkoda mi mojej przerwy, złapałam za spray owadobójczy i zakradłam się na tyły domu. Wokół furtki roiło się od żółtoczarnych potworów. Zarzuciłam na twarz bluzę i ruszyłam pędem przed siebie pryskając produktem na ślepo dookoła. Po kilku rundkach udało mi się przerzedzić armię nieprzyjaciół. Rozejrzałam się w poszukiwaniu gniazda- te okropieństwa zbudowały sobie domek w zamku!
Zakleiłam dokładnie produktem czeluści wspomnianego zamku w nadziei, że wściekłe bestie nie wrócą.
Uff... Udało się ;)
***
Po zjedzeniu szybkiego lunchu zabrałam się za rozpakowywanie moich wspaniałości.
Przebierałam nogami, nie mogąc doczekać się kiedy sobie wszystkiego podotykam, powącham, pobazgrzę po rękach i paznokciach.
Gdy udało mi się porozrywać karton, w nos uderzył mnie zapach lakieru do paznokci!
Przyjrzałam się bliżej zawartości- wszystko zalane było srebrną mazią! Na dnie leżała strzaskana buteleczka, zupełnie opróżniona.
Pospiesznie zaczęłam przeglądać wszystkie produkty- prawie każde opakowanie uklejone, brudne, temperówka pęknięta, faktura nieczytelna!
Myślałam, że się wscieknę!
Na szczęście liczne buteleczki z perfumami nie ucierpiały, krem wyszedł z tej sytuacji bez uszczerbku, pozostałe lakiery w porządku (tyle, że upaskudzone).
***
Zostało mi pięć minut do wyjścia. Wściekła na stan przesyłki postanowiłam, że nie będę czekała do jutra z reklamacją- dzwonię do YR natychmiast!
Telefon odebrała przemiła pani- powitała mnie z uśmiechem (tak, tak, uśmiech słyszy się przez telefon).
Wytłumaczyłam zwięźle w czym problem. Zanim zdążyłam zapytać o procedurę usłyszałam krótkie pytanie:
- Pani numer klienta?
Podałam. Pani upewniła się co do mojego adresu i zawartości paczki po czym stwierdziła:
- Bardzo nam przykro, że tak się stało. Zupełnie nie rozumiem jak do tego doszło, bardzo dbamy o odpowiednie zapakowanie zamówienia oraz jego dostarczenie.
Szybka myśl zaświtała mi w głowie: "Aha... Ciekawie się zapowiada. Pewnie będę płacić za odesłanie i czekać na kosmetyki, które potrzebne mi są na już!"
Po chwili konsultantka dodała:
- Proszę nie odsyłać pudełka, wyślemy pani drugie, identyczne. Dołożymy wszelkich starań by taka sytuacja się nie powtórzyła.
***
Po paru godzinach przeszło mi przez myśl, że może wtopa z przesyłką nie wyniknęła z niewłaściwego sposobu zapakowania lub transportu... Tak sobie dywaguję... A jeśli to pani listonosz przerażona watahą os upuściła paczkę..?
Swoją drogą to ciekawe, że producent wierzy klientowi na słowo. Przecież każdy kto zna procedurę mógłby zgłosić nieistniejący problem i skorzystać z darmowej, drugiej partii kosmetyków.
Ciekawa też jestem jak potoczyłaby się sytuacja w Polsce- czy równie szybko i bezproblemowo?
Pozwólcie, że w tym poście nie podzielę się z wami zawartością przesyłki. Zrobię to gdy dotrą do mnie nowe, czyste produkty ;)
Dajcie znać czy przydarzyło wam się kiedyś coś podobnego i jak poradziliście sobie z reklamacją :)
Mnie szczerze mówiąc, tak przyjaźnie potraktowano po raz pierwszy!
Bisous!
Ciekawa też jestem jak potoczyłaby się sytuacja w Polsce- czy równie szybko i bezproblemowo?
Pozwólcie, że w tym poście nie podzielę się z wami zawartością przesyłki. Zrobię to gdy dotrą do mnie nowe, czyste produkty ;)
Dajcie znać czy przydarzyło wam się kiedyś coś podobnego i jak poradziliście sobie z reklamacją :)
Mnie szczerze mówiąc, tak przyjaźnie potraktowano po raz pierwszy!
Bisous!
środa, 14 maja 2014
Youtubowe zonki...
Hej!
Chciałabym wrzucić na blog taką małą dygresję, która kołacze mi się po głowie od dłuższego czasu. Dotyczy ona poszukiwania wiadomości na temat produktów, które chcielibyśmy zakupić, w sieci.
Od dawna jestem zwolenniczką wpisywania nazw potencjalnych nabytków w wyszukiwarkę- przeszukuję głównie wizaż, YouTube oraz blogi tematyczne. Nikt nie lubi rozstawać się z większą kwotą pieniędzy bez pewności, że to co dostanie w zamian będzie jej warte.
Czesto niestety zdarza się, że informacje uzyskane w internecie nie są rzetelne lub wręcz w zupełności nie pokrywają się z rzeczywistością. Ile razy zdarzyło się wam nabyć coś i przeżyć gorzkie rozczarowanie otwierając opakowanie lub korzystając z produktu?
Zadajecie sobie pytanie: Jak to? Przecież producent obiecywał panaceum a recenzenci rozpływali się nad wspaniałością i rewolucyjnym działaniem. Co gorsze, kierując wątpliwości i pytania w stronę osób, które w większym lub mniejszym stopniu przekonały wass do zakupu, uzyskujecie odpowiedź, że najprawdopodobniej używacie danego przedmiotu niewłaściwie lub najwyraźniej "nie polubił się" z waszą skórą, warunkami użytkowania itp. Oczywiście nikt nie powie: Cześć, sprzedaliśmy ci bubel- chętnie zwrócimy twoje zmarnowane pieniądze lub wyślemy kolejny, lepszy produkt.
Dlaczego tak się dzieje i czy warto w związku z tym sugerować się sieciowymi opiniami? Jak ustrzec się przed fatalnymi pomyłkami?
Obserwuję od dawna portale udostępniające nam recenzje na temat kosmetyków, sprzętu elektronicznego oraz wszelkich usług. Do niedawna były one bardzo przydatne i ułatwiały trudny wybór między setkami proponowanych możliwości. Niestety miejsca, w których powinniśmy znaleźć przekonanie, że dokonujemy właściwego wyboru stały się siedliskiem cwaniaków oraz pseudoreklamy. Nie twierdzę, że każda wizażanka czy bloger wciska nam kit ale jeśli już ma to miejsce jest kilka rzeczy, które powinny zwrócić naszą uwagę.
Zapewnienia na pudełku odrazu włóżmy między bajki. Właściciel marki może sobie na nim umieścić wszystko co mu się zamarzy.
Przede wszystkim porównajmy najpierw opinię danej osoby na temat przedmiotow , które już posiadamy z naszą własną. Jeśli zauważymy skrajne różnice w postrzeganiu danego obiektu należy przyjrzeć się dokładniej gagatkowi.
Przykładowo na wizażu każdy użytkownik posiada określający go status taki jak przyczajenie, zadomowienie lub zakorzenienie oraz ilość pochwał. Jeżeli osoba wypowiadająca się w samych superlatywach nie wykazuje większej aktywności na stronie ani nie zadała sobie nawet trudu choćby częściowego uzupełnienia profilu możemy być niemal pewni, że to próba promowania marki.
YouTube grzeszy natomiast reklamą przy pomocy vlogerek kuszących nas licznymi konkursami z nagrodami sponsorowanymi, w których aby wziąć udział musimy polubić milion fanpagy, wyrazić zgodę na otrzymywanie treści reklamowych, ofert itp. Notorycznie raczeni jesteśmy coraz to nowymi haulami i prezentacjami ulubieńców miesiąca. Nie oszukujmy się- przeciętny człowiek nie dokonuje co parę tygodni zakupów w kwotach często przekraczających całą wypłatę. Nie zmieniamy również co miesiąc ulubionych kosmetyków, sprzętów czy restauracji dokonując wiekopomnych odkryć na każdym kroku i detronizując poprzedzające ich topy topów. Ktoś kto wczoraj opowiadał z zachwytem o podkładzie marki "Wspaniałości Egiptu" dziś stwierdza, że jego faworytem jest "Uganda Style" staje się w moich oczach słabym autorytetem. Skąd ktoś taki bierze fundusze by zostawiać niebotyczne kwoty w butikach, biurach podróży czy salonach samochodowych? Ano, z pokazywania nam nowego stolika z "Nullkei" i bluzki z "Żary". Niby to przypadkiem zaprasza na videopogaduchy koleżankę, która tworzy wspaniałości w studiu nierdzewnych tiar, kolegę akurat w tej chwili wypuszczającego rewolucjonizującą serię wędek czy sąsiadkę, która wyczaruje nam 3 metry kwadratowe przestrzeni na słoiki w zagraconej piwnicy. Pomyśleć by się chciało, że jedna szczęściara z drugą żyją z robienia zakupów i zakładania pawich piór na rzęsy. Pewnego pięknego dnia stwierdzamy, że zupełnie nie jesteśmy fajni bo nie wydaliśmy tłustej sumki na palenisko domowe pachnące wiatrem znad oceanu z lekką nutką kokolitofory.
Kierując się sugestiami youtubowiczów warto zerknąć czy historia ulubieńców trzyma się kupy, i ile nowości prezentuje nam dany użytkownik. Najmniejszym zaufaniem obdarzyć powinniśmy osoby z masą subskrybentów gdyż to właśnie one dają największą publikę producentom.
Zaobserwowałam również nagminne mijanie się z prawdą, szczególnie na blogach modowych, kosmetycznych czy lajfstajlowych. Afera goni aferę. Jedna mądra wychwala podrabiane perfumy, druga opiewa Samsunga by korzystać z nowiutkiego IPhona, trzecia wrzuca fotki z najwspanialszych wakacji organizowanych przez biuro podróży "Szuja", na których nigdy nie była. Prym wiodą szafiarki wyprzedające garderobę zapominając o konieczności wysłania nabywcy pary miętowych trepów oraz te, które prezentują popełnione zakupy okazujące się pożyczonymi lub pochodzącymi z wymianki. Są też i takie co to rżną głupa do tego stopnia by ewidentny kontrafason z chińskiego sklepu on-line prezentować jako oryginał lub " handmade by mum". Tu zasada jest podobna jak na YT- ostrożnie z gwiazdami blogów, ewentualnych zakupów możemy dokonać po dokładnym zapoznaniu się ze sprzedawcą. Poszukajmy informacji na temat przebiegu podobnych transakcji w jego wykonaniu.
Przede wszystkim zanim zachwycimy się nad falą wspaniałości zalewających nas zewsząd, zastanówmy się, czy to co widzimy aby na pewno jest nam potrzebne i czy faktycznie warte swojej ceny. Obserwujmy czy daną rzecz poleca nam się ze względu na jej zbawienne działanie i chęć podzielenia się z nami możliwością dobrego zakupu czy może dla zarobienia na naszej łatwowierności i sympatii.
Niejednokrotnie musiałam przyznać sama przed sobą, że niektórzy bardzo pozytywnie kojarzący mi się wujkowie i ciocie Dobra Rada niekoniecznie troszczyli się o przekazanie najbliższych prawdzie informacji a zamiast tego napychali sobie kieszenie zarobione na mojej głupocie i chęci znalezienia rozwiązania problemu. Tego typu rozczarowania bywają nieprzyjemne dlatego starajmy się im zapobiegać kierując się zdrowym rozsądkiem ;)
Jak zawsze moja skromna opinia przerodziła się w wypracowanie o lekkim zabarwieniu melancholijnym ale mam nadzieję, że pomoże ona komuś uniknąć przykrych doświadczeń związanych z zakupem niewłaściwych przedmiotów.
Do zobaczenia!
Chciałabym wrzucić na blog taką małą dygresję, która kołacze mi się po głowie od dłuższego czasu. Dotyczy ona poszukiwania wiadomości na temat produktów, które chcielibyśmy zakupić, w sieci.
Od dawna jestem zwolenniczką wpisywania nazw potencjalnych nabytków w wyszukiwarkę- przeszukuję głównie wizaż, YouTube oraz blogi tematyczne. Nikt nie lubi rozstawać się z większą kwotą pieniędzy bez pewności, że to co dostanie w zamian będzie jej warte.
Czesto niestety zdarza się, że informacje uzyskane w internecie nie są rzetelne lub wręcz w zupełności nie pokrywają się z rzeczywistością. Ile razy zdarzyło się wam nabyć coś i przeżyć gorzkie rozczarowanie otwierając opakowanie lub korzystając z produktu?
Zadajecie sobie pytanie: Jak to? Przecież producent obiecywał panaceum a recenzenci rozpływali się nad wspaniałością i rewolucyjnym działaniem. Co gorsze, kierując wątpliwości i pytania w stronę osób, które w większym lub mniejszym stopniu przekonały wass do zakupu, uzyskujecie odpowiedź, że najprawdopodobniej używacie danego przedmiotu niewłaściwie lub najwyraźniej "nie polubił się" z waszą skórą, warunkami użytkowania itp. Oczywiście nikt nie powie: Cześć, sprzedaliśmy ci bubel- chętnie zwrócimy twoje zmarnowane pieniądze lub wyślemy kolejny, lepszy produkt.
Dlaczego tak się dzieje i czy warto w związku z tym sugerować się sieciowymi opiniami? Jak ustrzec się przed fatalnymi pomyłkami?
Obserwuję od dawna portale udostępniające nam recenzje na temat kosmetyków, sprzętu elektronicznego oraz wszelkich usług. Do niedawna były one bardzo przydatne i ułatwiały trudny wybór między setkami proponowanych możliwości. Niestety miejsca, w których powinniśmy znaleźć przekonanie, że dokonujemy właściwego wyboru stały się siedliskiem cwaniaków oraz pseudoreklamy. Nie twierdzę, że każda wizażanka czy bloger wciska nam kit ale jeśli już ma to miejsce jest kilka rzeczy, które powinny zwrócić naszą uwagę.
Zapewnienia na pudełku odrazu włóżmy między bajki. Właściciel marki może sobie na nim umieścić wszystko co mu się zamarzy.
Przede wszystkim porównajmy najpierw opinię danej osoby na temat przedmiotow , które już posiadamy z naszą własną. Jeśli zauważymy skrajne różnice w postrzeganiu danego obiektu należy przyjrzeć się dokładniej gagatkowi.
Przykładowo na wizażu każdy użytkownik posiada określający go status taki jak przyczajenie, zadomowienie lub zakorzenienie oraz ilość pochwał. Jeżeli osoba wypowiadająca się w samych superlatywach nie wykazuje większej aktywności na stronie ani nie zadała sobie nawet trudu choćby częściowego uzupełnienia profilu możemy być niemal pewni, że to próba promowania marki.
YouTube grzeszy natomiast reklamą przy pomocy vlogerek kuszących nas licznymi konkursami z nagrodami sponsorowanymi, w których aby wziąć udział musimy polubić milion fanpagy, wyrazić zgodę na otrzymywanie treści reklamowych, ofert itp. Notorycznie raczeni jesteśmy coraz to nowymi haulami i prezentacjami ulubieńców miesiąca. Nie oszukujmy się- przeciętny człowiek nie dokonuje co parę tygodni zakupów w kwotach często przekraczających całą wypłatę. Nie zmieniamy również co miesiąc ulubionych kosmetyków, sprzętów czy restauracji dokonując wiekopomnych odkryć na każdym kroku i detronizując poprzedzające ich topy topów. Ktoś kto wczoraj opowiadał z zachwytem o podkładzie marki "Wspaniałości Egiptu" dziś stwierdza, że jego faworytem jest "Uganda Style" staje się w moich oczach słabym autorytetem. Skąd ktoś taki bierze fundusze by zostawiać niebotyczne kwoty w butikach, biurach podróży czy salonach samochodowych? Ano, z pokazywania nam nowego stolika z "Nullkei" i bluzki z "Żary". Niby to przypadkiem zaprasza na videopogaduchy koleżankę, która tworzy wspaniałości w studiu nierdzewnych tiar, kolegę akurat w tej chwili wypuszczającego rewolucjonizującą serię wędek czy sąsiadkę, która wyczaruje nam 3 metry kwadratowe przestrzeni na słoiki w zagraconej piwnicy. Pomyśleć by się chciało, że jedna szczęściara z drugą żyją z robienia zakupów i zakładania pawich piór na rzęsy. Pewnego pięknego dnia stwierdzamy, że zupełnie nie jesteśmy fajni bo nie wydaliśmy tłustej sumki na palenisko domowe pachnące wiatrem znad oceanu z lekką nutką kokolitofory.
Kierując się sugestiami youtubowiczów warto zerknąć czy historia ulubieńców trzyma się kupy, i ile nowości prezentuje nam dany użytkownik. Najmniejszym zaufaniem obdarzyć powinniśmy osoby z masą subskrybentów gdyż to właśnie one dają największą publikę producentom.
Zaobserwowałam również nagminne mijanie się z prawdą, szczególnie na blogach modowych, kosmetycznych czy lajfstajlowych. Afera goni aferę. Jedna mądra wychwala podrabiane perfumy, druga opiewa Samsunga by korzystać z nowiutkiego IPhona, trzecia wrzuca fotki z najwspanialszych wakacji organizowanych przez biuro podróży "Szuja", na których nigdy nie była. Prym wiodą szafiarki wyprzedające garderobę zapominając o konieczności wysłania nabywcy pary miętowych trepów oraz te, które prezentują popełnione zakupy okazujące się pożyczonymi lub pochodzącymi z wymianki. Są też i takie co to rżną głupa do tego stopnia by ewidentny kontrafason z chińskiego sklepu on-line prezentować jako oryginał lub " handmade by mum". Tu zasada jest podobna jak na YT- ostrożnie z gwiazdami blogów, ewentualnych zakupów możemy dokonać po dokładnym zapoznaniu się ze sprzedawcą. Poszukajmy informacji na temat przebiegu podobnych transakcji w jego wykonaniu.
Przede wszystkim zanim zachwycimy się nad falą wspaniałości zalewających nas zewsząd, zastanówmy się, czy to co widzimy aby na pewno jest nam potrzebne i czy faktycznie warte swojej ceny. Obserwujmy czy daną rzecz poleca nam się ze względu na jej zbawienne działanie i chęć podzielenia się z nami możliwością dobrego zakupu czy może dla zarobienia na naszej łatwowierności i sympatii.
Niejednokrotnie musiałam przyznać sama przed sobą, że niektórzy bardzo pozytywnie kojarzący mi się wujkowie i ciocie Dobra Rada niekoniecznie troszczyli się o przekazanie najbliższych prawdzie informacji a zamiast tego napychali sobie kieszenie zarobione na mojej głupocie i chęci znalezienia rozwiązania problemu. Tego typu rozczarowania bywają nieprzyjemne dlatego starajmy się im zapobiegać kierując się zdrowym rozsądkiem ;)
Jak zawsze moja skromna opinia przerodziła się w wypracowanie o lekkim zabarwieniu melancholijnym ale mam nadzieję, że pomoże ona komuś uniknąć przykrych doświadczeń związanych z zakupem niewłaściwych przedmiotów.
Do zobaczenia!
poniedziałek, 12 maja 2014
krwiste mięso, kawa i ziemniaki w proszku
Hej hej!
Dziś pokrótce o tym co i jak jedzą Francuzi :)
Przeglądając zdjęcia z długiego weekendu natknęłam się na fotkę przedstawiającą kawał niedopieczonego mięsa w towarzystwie pięciu bagietek i wina. Tym czego nie udało mi się uwiecznić było purée (o zgrozo) z torebki.
Wystarczyłoby dorzucić dzban kawy i trochę pleśniowego sera a naszym oczom ukazałby się obrazek, wypisz wymaluj przedstawiający kwintesencję domowej kuchni francuskiej.
Wracając do majówkowego posiłku, nie mogę nie wspomnieć o oburzeniu, jakie wywołałam odkładając moją porcję mięsa spowrotem na grill :D Następnie jako jedyna odmówiłam wina oraz sałaty z sosem vinaigrette...
Są tacy, którzy lubią tego typu połączenia, ja do nich niestety nie należę. Na moje nieszczęście jestem miłośniczką typowo polskiej kuchni- pozwoliłabym się pokroić za kwaśny bigos, prawdziwy rosół z wiejskiej kury czy gołąbki. Tu natomiast kapusta i ogórki kiszone budzą strach przed zatruciem pokarmowym a wspomnienie o prawdziwym białym twarogu wywołuje grymas na twarzy.
Pamiętam jak dziś mojego kolegę- Élisée, który zupę pomidorowym dopieszczoną do granic możliwości (na domowym wywarze z warzyw i mięsa) potraktował jak makaron z sosem i dopchnął chlebem. Nigdy nie zapomnę również szoku jaki u niego wywołałam przygotowując na śniadanie bardzo lekko ściętą jajecznicę na boczku i cebuli.
Moje przerażenie budzi również wszechobecny brak świeżych surówek. By zaznać luksusu zjedzenia obiadu ze skromną kompozycją warzyw udawać się muszę do "chińczyka", gdzie za maleńkie pudeleczko w połowie wypchane (ku mej rozpaczy) tofu i gumiastymi kalmarami płacę 6€. Po wygrzebaniu wszystkiego co budzi moją niechęć zostaje mi skromna porcyjka akurat na jeden raz. Ach, jakże marzy mi się pojemniczek ze Społem lub pyszna tatowa surówka z masą zieleniny i dobroci ryneczkowych.
Po przyjeździe do Francji na próżno wyczekiwałam swojej pierwszej wizyty w McDonaldzie, gdzie wydawało mi się, że odnajdę colesława- czekało mnie tam bolesne rozczarowanie. Zamiast rzeczonej surówki znalazłam sałatki z gotowanych buraczków, marchewki i kuskusu, obowiązkowo zalane tym co kocham, czyli vinaigrette.
Kolejnym zaskoczeniem była dla mnie pierwsza francuska pizza. W zasadzie bardziej przypominała ona kisz. Połowa składników powędrowała na nią prosto z puszki co skutkowało efektem ugotowanych jarzyn. Dodatkowo znakomita część pozycji w lokalu przygotowana była na bazie śmietany (zamiast sosu pomidorowego). Zdziwienie mniejsze lub większe wywołała u mnie obecność składników takich jak mięso mielone, ziemniaki, siekana natka pietruszki czy sos barbecue. O sosach pomidorowym i czosnkowym nie było mowy- do placka dostaniemy saszetkę pikantnej oliwy. Teoretycznie tak właśnie powinno jeść się pizzę- z oliwą, natomiast jako fanka zalewania potraw wszelkimi dipami zawsze przed planowanym zamówieniem przygotowuję sobie dodatek czosnkowy z jogurtem. Wygląda na to, że pizzy z kabanosem i jalapeño zalanej czerwonym i białym sosem długo jeszcze nie zobaczę ;)
Po ustaleniu, że tego typu przysmak we Francji do moich ulubionych nie należy postanowiłam postawić na amerykańskiego burgera z frytkami- co mogłoby pójść nie tak? I tu znów niespodzianka: kanapka składała się z ogromnej bagietki przekrojonej na pół, wypchanej mięsem mielonym potraktowanym keczupem i majonezem oraz frytek. Samym chlebem nakarmiłabym całą rodzinę- swoją oczywiście bo Francuz pewnie wciągnąłby ją nosem z pierwszym lepszym spaghetti ;) Nie twierdzę, że mi nie smakowało ale z pewnością nie był to szczyt moich marzeń w chwili, w której prosiłam o amerykańskiego hamburgera.
Jednak na tytuł kulinarnego rozczarowania roku zasłużyło moje Boże Narodzenie spędzone tutaj. Gdy zasiadłam do wigilijnej kolacji mym oczom ukazała się (olaboga) przystawka: foie gras, łosoś wędzony na zimno, krewetki oraz ostrygi. Następnie uraczono mnie Coquille Saint Jacques w sosie porowym czyli przegrzebkami (nie wiem czy wspominałam już, że owoce morza to jedna z rzeczy, których za nic w świecie nie wezmę do ust) podanymi standardowo z pieczywem. Niektórzy Francuzi bardzo nie lubią marnować czasu na wystawianie przy piekarniku toteż w marketach takich jak Hyper U mają możliwość zamówienia gotowych, porcjowanych dań, termicznie zapakowanych w plastik. Wrzucamy takie pysznosci do mikrofali i hop! Gotowe! Dla każdego coś dobrego ;) Taka właśnie delicja trafiła na mój talerz wieczoru wigilijnego.
Na samą myśl o domu rodzinnym i moich bliskich spędzających ten szczególny wieczór razem łezka kręciła się w oku a do tego mieszanka zapachów wypełniających jadalnię przyprawiała o zawrót głowy. Z rozgoryczeniem wymieniałam w myślach potrawy przygotowane przez moją mamę w Polsce. Niestety świąteczny sernik przyszło mi zastąpić kremem z serkiem mascarpone a kompot z suszonych owoców winem-przynajmniej było wesoło.
Prócz wymienionych przysmaków Francuzi posiadają również w swoim jadłospisie odpowiedniki znanych nam pozycji np. brioszkę, która przypomina chałkę, ratatouille- po odpowiednim doprawieniu i dodaniu akcentu mięsnego uzyskamy coś bliskiego leczu.
Tutejszy system żywienia różni się dość znacznie od naszego.
Rano nie ma mowy o treściwym śniadaniu. Nie liczcie na owsiankę czy jajka. Zamiast tego pije się tu kawę lub sok, przegryza rogalik, tosta czy brioszkę z konfiturą.
Między południem a 14h00 spożywa się śniadanie (ciekawe- u nas to już obiad). W skład śniadania wchodzą przystawki (wędliny, sałatki, jajka, ryby, zupy), danie główne (najczęściej na ciepło choć znam takich, na których talerzu znajdą się chipsy i plaster szynki), deser (coś słodkiego, jogurt, ser). Oczywiście spożywając déjeuner pamiętamy o winie i bagietce. Po deserze podaje się kawę.
Ok 16-16h30 przychodzi pora podwieczorku. Zasada ta dotyczy szczególnie dzieci i młodzieży. Młodsi sięgają po ciastka, brioszkę, tosty a starsi kawę lub również słodką przekąskę.
Ostatni w kolejności jest dîner. Odbywa się on podobnie jak śniadanie (czyli nasz obiad), z tą różnicą, że jemy nieco skromniej, pamiętając o winie, deserze i kawie.
Ciekawostka:
Słynna francuska zupa cebulowa nie jest aż takim specjałem jak by się mogło wydawać- najczęściej serwuje się ją nowożeńcom w noc poślubną. Posileni małżonkowie nabierają sił by starać się o potomstwo. Tradycja ta była bardzo popularna dawniej, w czasach gdy młodzi pomieszkiwali u rodziców. Goście weselni wpadali znienacka do sypialni by podać zakochanym drażniącą nos polewkę- praktyce tej towarzyszyło często sporo śmiechu gdyż niektórym żartownisiom zachciewało się urozmaicać potrawę o składniki przypominające np. (tak, to prawda potwierdzona wspomnieniami świadków oraz zdjęciami) kupę ;)
Tym oto uroczym akcentem zakańczam dzisiejszy post.
Podobnie jak w notce "Pijany jak Polak", przypominam, że zawarte tu treści są częściowo subiektywne lub uogólnione.
Jeśli ktoś poczuł się urażony moimi uwagami na temat dokonań kulinarnych Francuzów, podkreślam, że są to moje odczucia powodowane przyzwyczajeniami, gustem oraz tym co dane mi było do tej pory poznać. Z pewnością nie płyną one z braku otwarcia na to co nowe- informuję, że dla dobra sprawy spożyłam ślimaki oraz jądra barana ;) Nie wspominam o nich we wpisie gdyż nie zakwalifikowałam ich ani do grupy doznań wywołujących traumę ani tych wynoszących pod nieboskłon.
Jak zawsze mam nadzieję, że przyjemnie czytało się wam mój niekontrolowanie przydługi post :)
Będzie mi bardzo miło jeśli dacie znać co myślicie o treści w nim zawartej oraz całym moim kąciku.
Owocnego poniedziałku!
;*
wtorek, 6 maja 2014
W poszukiwaniu kosmetyków we Francji
Uwaga Polki we Francji!!!
Na końcu tego postu podsunę wam całkiem interesujący sposób na korzystne zakupy online, z wysyłką do wszystkich krajów Unii Europejskiej ;)
Czy tak jak ja pomstujecie na ceny kosmetyków za granicą??
Przyjeżdżając tu myślałam, że trafiłam do raju :) Najlepsze produkty znanych marek w zasięgu ręki, lepsza jakość, większy wybór... Niestety okazało się, że nie jest tak pięknie i kolorowo jak sobie wyobrażałam :(
Wielu rzeczy, do których byłam przyzwyczajona w Polsce, tutaj nie ma. Henna za 3 złote dostępna w sieci Rossmann i większości marketów tu okazuje się być produktem "profesjonalnym", nie do zdobycia, za to panie kosmetyczki chętnie ją nam wykonają za bagatela 20€ plus kolejne 10 za regulację brwi ;)
Produkty marki Yves Rocher, logicznie rzecz biorąc, pochodząc z Francji powinny być wycenione dość rozsądnie... Tym czasem są kilka razy droższe niż chociażby w Niemczech (???) a nawet w Polsce po przeliczeniu na złotówki.
Dostęp do wyrobów, po które w Polsce udajemy się do pierwszej lepszej drogerii, mamy tu jedynie w Sephorach czy Douglas lub Nocibé, gdzie wizyta przy kasie wiąże się z bólem głowy. Możemy oczywiście wybrać się do Carrefoura lub L'Eclerc, gdzie zazwyczaj Francuzki zaopatrują się w kolorówkę ale nie znajdziemy tam wszystkich szaf ani co najgorsze nie mamy możliwości " pomacania" czy przetestowania.
Osobiście jeśli już nie mogę sprawdzić danego produktu przed zakupem, wolę poszukać go bezpośrednio w butiku producenta posiadającym o wiele szerszą gamę produktów. Dodatkowo proponuje nam się niekiedy atrakcyjne gratisy (które same możemy sobie często wybrać) czy promocje np. 2 w cenie 1 lub gotowe zestawy.
Dla odmiany marki takie jak Dior czy Chanel pozostają luksusowe jednak nie tak zgubne dla naszego portfela jak w Polsce. Wiele Francuzek narzeka jednak na ceny tutejszych kosmetyków- obserwując trendy niekiedy mam wrażenie, że niezależnie od jakości, taniej oznacza lepiej. Masa dziewczyn (i nie tylko) nie przywiązuje wagi do wyglądu lub chciałoby ale im nie wychodzi- o tym jednak kiedy indziej :)
Tak jak obiecywałam mam dla was rozwiązanie;) Na pewno obiła wam się o uszy nazwa sklepu internetowego Kosmetyki z Ameryki. Jest to biznes rodzinny z siedzibą na Śląsku- jego właściciele sprowadzają kosmetyki oraz wszelkie akcesoria z zagranicy, często są to wyroby ciężko dostępne w Polsce i nie tylko. Ceny są u nich niekiedy wręcz nieporównywalnie z tymi proponowanymi u konkurencji.
Dlaczego dzielę się z wami tą wiedzą na blogu opisującym rzeczywistość francuską? Właśnie dlatego, że sklep wysyła zamówienia na teren Unii Europejskiej oraz umożliwia płatność w €. Wysyłka do 1kg kosztuje nas 10€, czyli mniej więcej tyle samo co w całej Francji a na transakcji jesteśmy w stanie zaoszczędzić poważną kwotę w zależności od liczby i rodzaju zamówionych produktów.
Przed zakupem powinniśmy skontaktować się z właścicielami przez maila uprzedzając o zakupie np. z Francji czy Niemiec. Następnie dokonujemy wyboru a listę produktów podajemy (wraz z kodami) we wiadomości. Otrzymujemy maila z łączną kwotą w € do zapłaty (cena przesyłki jest już wliczona) oraz numer konta, na który następnie przelewamy pieniądze. Podajemy adres, na który życzymy sobie otrzymać paczkę i voilà! Moje ostatnie zakupy po przeliczeniu na francuskie realia przyprawiłyby mnie o mdłości a tak za moment stanę się posiadaczką moich ulubieńców o połowę taniej :) Po zamknięciu transakcji z pewnością ukaże się post opisujący przebieg zakupu.
Szykujcie się na Haul!
Buziaki!!!
Ps. Chciałabym dodać, że żaden z moich postów nie jest sponsorowany- wszystkie koszty przedstawionych produktów zostały w pełni pokryte przeze mnie a sklepy do tej pory wspomniane znalazły się na blogu tylko i wyłącznie wskutek moich poszukiwań okazyjnych zakupów oraz chęci dzielenia się przydatną wiedzą.
poniedziałek, 5 maja 2014
Francuski most majowy
![]() |
| Molki |
Wracam na blog po tzw moście majówkowym, by opowiedzieć jak Francuzi spędzają ten długi weekend.
Czym jest wspomniany most? Niczym innym jak połączeniem okresu świątecznego kończącego się np. w czwartek z weekendem przez wolny piątek.
Tego typu piątków we Francji naliczymy bardzo wiele, chociażby w maju tego roku czekają nas jeszcze 2 z okazji Dnia Zwycięstwa oraz Wniebowstąpienia Pańskiego.
Jak spędzamy wiosenne i letnie długie weekendy?
Podobnie jak wspomniane we wcześniejszym poście Święta Wielkanocne- w gronie najbliższych i znajomych, na świeżym powietrzu, korzystając z pięknej pogody.
Francuska majówka nie różni się zbytnio od polskiej- towarzyszą jej liczne koncerty i imprezy, alkohol i zabawa do rana.
Tym co odróżnia spotkania towarzyskie tutaj od tych w Polsce są gry we wszelkiej możliwej postaci- gry planszowe, sportowe, komputerowe, karciane i wiele innych.
Przykładem typowych zabaw w plenerze jest gra w "Molki" polegająca na zbijaniu ponumerowanych, drewnianych pali tak aby cyfry znajdujące się na nich dały wynik równy 50.
Najpierw rozbijamy skupisko słupków (podobnie jak kręgle) a każdy przewrócony równa się jednemu punktowi dla gracza, który akurat rzucał "molki". Przewrócone pachołki należy postawić w miejscu, w którym upadły.
W przypadku gdy zbijemy tylko jeden z nich, przypada nam liczba punktów równa cyfrze opisującej dany słupek. Wygrywa osoba, która jako pierwsza zdobędzie równo 50 punktów- w wypadku przekroczenia tej sumy gracz traci część punktów by musieć kontynuować od 25.
Na jedną kolejkę każdemu graczowi przypadają 3 szanse rzutu- wszystkie chybione wiążą się z eliminacją. Oczywiście na początku każdy stara się strącic te najwyżej oznaczone aby przybliżyć się możliwie jak najszybciej do końcowego wyniku, co bywa bardzo trudne ponieważ paliki lubią upadać w trudno dostępne miejsca np. zarośnięte obszary ogrodu. W trakcie zabawy należy rozważnie planować uderzenia pamiętając, że zbijając dwa słupki na raz zyskujemy tylko 2 punkty, 3 słupki- 3 punkty itd.
Po wyłonieniu zwycięzcy nową grę rozpoczyna osoba, która jako pierwsza została wyeliminowana, następny prawo do rzutu ma gracz, który uzyskał najniższy wynik itd.
Jest to rozrywka przeznaczona dla 2 i więcej osób, starszych i młodszych, wymagająca umiejętności celnego rzucania.
Molki przypomina nieco bardzo popularną szczególnie na południu grę o nazwie "Pétanque" czyli coraz bardziej rozpoznawalną w Polsce Petankę lub prościej bule.
Przechadzając się po francuskich miasteczkach, mijając skwery i parki, niekiedy nawet w mniej uczęszczanych uliczkach napotkać możemy grupki rzucające kulami w kierunku "prosiaczka". Najliczniejszą z nich stanowią (nie wiedzieć czemu) osoby starsze. Domyślam się, że spowodowane jest to ogromnym w dzisiejszych czasach wyborem rozrywek, do których przez dawne przyzwyczajenia, starszym ciężko się przekonać.
W dużym skrócie ujmując Petanka polaga na celowaniu metalowymi kulami w małą drewnianą lub plastikową piłkę- cochonnet tak aby umieścić rzeczone bule jak najbliżej niej, względnie wybić kulę przeciwnika jak najdalej od celu.
Gra ta zdobywa coraz szersze rzesze zwolenników w Polsce i na całym świecie- w 2002 roku powstała Polska Federacja Pétanque, która zrzesza już 25 klubów a od blisko 30 lat bule zaliczają się do dyscyplin rozgrywanych podczas światowych igrzysk dysciplin nieolimpijskich czyli World Games.
Kolejną popularną tu grą, tym razem karcianą, jest "Boursicocotte", która przypomina nieco Monopoly z tą różnicą, że zamiast kompletować dzielnice tworzymy rodziny zwierząt, składające się z 4 członków- np. rodzina gęsi, krów czy owiec. Dodatkowym fajnym elementem zabawy są licytacje poszczególnych zwierzaków oraz wymiany pieniężne między graczami. Jeśli posiadamy np. 3 karty a inny gracz znajduje się w posiadaniu czwartej- brakującej nam do kolekcji możemy zaproponować mu udkupienie zwierzęcia- i tu zaczyna się robić zabawnie. Wykładamy na stół proponowaną sumę, nie zdradzając ile ona wynosi, karty leżą odwrócone tak, że tylko my wiemy ile ewentualnie zapłacimy. Osoba, od której chcemy odkupić np. osiołka ma 2 wyjścia: może przyjąć kwotę, zarabiając w tym wypadku bardzo niewiele (jeśli potrafimy skutecznie blefować) lub całkiem sporo, w zależności od naszej hojności; albo o ile zależy jej na zatrzymaniu karty, musi wyłożyć kwotę większą niż zaproponowana przez nas. Zarobione w ten sposób pieniądze pozwalają nam na dalsze pozyskiwanie poszczególnych zwierząt. Gracz, któremu skończą się pieniądze nie może odmówić sprzedarzy kart i co za tym idzie zmuszony jest przyjąć każdą zapłatę (a może ona wynosić nawet 0). Na końcu, gdy wszystkie grupy zostają skompletowane przemnażamy wartość zdobytych rodzin przez ich liczbę i wyłaniamy zwycięzcę.
Mnie udało się zebrać wszystkie psy, barany oraz świnki i wygrałam! :)
Poza wymienionymi wyżej grami, przez mój długi weekend przewinął się również Rummikub, Mastermind oraz Lips (karaoke na konsolę Xbox), nie zabrakło starego dobrego Rayman'a a męska część towarzystwa przypomniała sobie również o Call of Duty i Fifie.
Jak widzicie czas wolny od pracy obfituje tu we wszelkiego rodzaju gry, mniej lub bardziej wymagające skupienia oraz logicznego myślenia, jednoczące pokolenia i dostarczające masy pozytywnych emocji. Mówi się, że w każdym z nas drzemie dziecko- ale czy musimy być dziećmi by czerpać radość z chwil dzielonych z najbliższymi przy dominie czy mikrofonie? Sądzę , że nie... A wy jak myślicie?
Buziaki i do zobaczenia!
sobota, 26 kwietnia 2014
I po świętach...
Hej!
Z racji minionej Wielkanocy postanowiłam wtrącić kilka słów na ten temat.
Niestety nie mogłam spędzić tych dni z rodziną w Polsce ponieważ... byłam w pracy.
Święta Wielkanocne nie są tu jakoś szczególnie obchodzone. Dla przeciętnego Francuza oznaczają one w praktyce 2 dni wolne od pracy i zakup słodyczy dla najmłodszych członków rodziny. W niedzielę wielkanocną dzieci poszukują czekoladowych niespodzianek w ogrodzie i zakątkach domu podczas gdy rodzice oddają się słodkiemu nieróbstwu lub nadrabianiu wszelkich zaległości w obowiązkach domowych czy służbowych.
Skąd wziął się zwyczaj polowania na smakołyki? Mówi się, że to skrzydlate dzwony udające się do Rzymu po błogosławieństwo papieża gubią je w drodze powrotnej- ku uciesze najmłodszych.
W miastach niekiedy organizuje się tzw. polowanie na jajka, gdzie zarówno dzieci jak i starsi poszukują czekoladowych dzwonków, jajek czy zajączków w pobliskich parkach i skwerach.
Po zakończonych łowach rodziny często udają się do restauracji by nacieszyć się specjałami świątecznymi. Podaje się im z reguły foie gras (najprościej mówiąc pasztet z gęsich bądź kaczych watróbek, serwowany zazwyczaj z konfiturą figową lub cebulowącebulową), kawior, indyka faszerowanego kasztanami, suszone ryby, ostrygi- w zależności od regionu.
Coraz popularniejsze stają się również krótkie wyjazdy ze znajomymi za miasto lub do niedalekich centrów agroturystyki.
Organizuje się wtedy wycieczki rowerowe lub wieczory przy grillu.
Z racji pracy jaką wykonuję, okres wielkanocny upłynął pod znakiem wzmożonej aktywności zawodowej. Należę bowiem do grupy osób, które świadcząc usługi turystyczne, na świętujących mogły tylko popatrzeć. Nie dane mi było niestety zobaczyć moich najbliższych ani odetchnąć w zaciszu domowych pieleszy. Praca z ludźmi nie należy do najłatwiejszych toteż wielokrotnie wracając do domu zmęczona fizycznie i psychicznie nie pałałam chęcią uczestniczenia w wieczornych ogniskach czy spędach znajomych odwiedzających rodzinne okolice. Tym bardziej, że już od wczesnych godzin porannych trzeba było służyć pomocą turystom. Mój los podzieliła spora część obcokrajowców zamieszkujących Francję, restauratorzy, właściciele ośrodków wypoczynkowych, pracownicy bureau de tabac, policjanci, lekarze oraz wielu wielu innych.
Krzątanie się po domu, męczące porządki, stanie godzinami nad piekarnikiem, czynności niegdyś przyprawiające o zawrót głowy i zniechęcające do świąt dziś napawają tęsknotą za rodzinnymi tradycjami. Nawet znienawidzona zimna, poświęcona kiełbasa z rana wydaje się być smakowita i pachnąca.
Cóż, francuskie Święta Wielkanocne zdecydowanie do moich ulubionych nie należą.
Mam nadzieję, że wasze upłynęły w ciepłej, rodzinnej atmosferze oraz pozwoliły wam nabrać sił i chęci by stawiać czoła trudnościom i obowiązkom codziennym.
Życzę wam udanego weekendu a sama zabieram się do wątku e.l.f.
Zoub!
Z racji minionej Wielkanocy postanowiłam wtrącić kilka słów na ten temat.
Niestety nie mogłam spędzić tych dni z rodziną w Polsce ponieważ... byłam w pracy.
Święta Wielkanocne nie są tu jakoś szczególnie obchodzone. Dla przeciętnego Francuza oznaczają one w praktyce 2 dni wolne od pracy i zakup słodyczy dla najmłodszych członków rodziny. W niedzielę wielkanocną dzieci poszukują czekoladowych niespodzianek w ogrodzie i zakątkach domu podczas gdy rodzice oddają się słodkiemu nieróbstwu lub nadrabianiu wszelkich zaległości w obowiązkach domowych czy służbowych.
Skąd wziął się zwyczaj polowania na smakołyki? Mówi się, że to skrzydlate dzwony udające się do Rzymu po błogosławieństwo papieża gubią je w drodze powrotnej- ku uciesze najmłodszych.
W miastach niekiedy organizuje się tzw. polowanie na jajka, gdzie zarówno dzieci jak i starsi poszukują czekoladowych dzwonków, jajek czy zajączków w pobliskich parkach i skwerach.
Po zakończonych łowach rodziny często udają się do restauracji by nacieszyć się specjałami świątecznymi. Podaje się im z reguły foie gras (najprościej mówiąc pasztet z gęsich bądź kaczych watróbek, serwowany zazwyczaj z konfiturą figową lub cebulowącebulową), kawior, indyka faszerowanego kasztanami, suszone ryby, ostrygi- w zależności od regionu.
Coraz popularniejsze stają się również krótkie wyjazdy ze znajomymi za miasto lub do niedalekich centrów agroturystyki.
Organizuje się wtedy wycieczki rowerowe lub wieczory przy grillu.
Z racji pracy jaką wykonuję, okres wielkanocny upłynął pod znakiem wzmożonej aktywności zawodowej. Należę bowiem do grupy osób, które świadcząc usługi turystyczne, na świętujących mogły tylko popatrzeć. Nie dane mi było niestety zobaczyć moich najbliższych ani odetchnąć w zaciszu domowych pieleszy. Praca z ludźmi nie należy do najłatwiejszych toteż wielokrotnie wracając do domu zmęczona fizycznie i psychicznie nie pałałam chęcią uczestniczenia w wieczornych ogniskach czy spędach znajomych odwiedzających rodzinne okolice. Tym bardziej, że już od wczesnych godzin porannych trzeba było służyć pomocą turystom. Mój los podzieliła spora część obcokrajowców zamieszkujących Francję, restauratorzy, właściciele ośrodków wypoczynkowych, pracownicy bureau de tabac, policjanci, lekarze oraz wielu wielu innych.
Krzątanie się po domu, męczące porządki, stanie godzinami nad piekarnikiem, czynności niegdyś przyprawiające o zawrót głowy i zniechęcające do świąt dziś napawają tęsknotą za rodzinnymi tradycjami. Nawet znienawidzona zimna, poświęcona kiełbasa z rana wydaje się być smakowita i pachnąca.
Cóż, francuskie Święta Wielkanocne zdecydowanie do moich ulubionych nie należą.
Mam nadzieję, że wasze upłynęły w ciepłej, rodzinnej atmosferze oraz pozwoliły wam nabrać sił i chęci by stawiać czoła trudnościom i obowiązkom codziennym.
Życzę wam udanego weekendu a sama zabieram się do wątku e.l.f.
Zoub!
niedziela, 13 kwietnia 2014
Pijany jak Polak...
Czy istnieje cos bardziej irytującego niż postrzeganie kogoś przez pryzmat stereotypów..?
Nasz kraj jak i jego obywatele, za granicą postrzegani są wyjątkowo stereotypowo. Wielu obcokrajowcom Polak kojarzy się negatywnie- Polak pije, kradnie, jest zacofany, malo ambitny, najczęściej wywodzi się z rodziny biednej- szuka więc szczęścia poza granicami Polski jako pracownik fizyczny.
Istnieją również "pozytywne" stereotypy takie jak piękne Polki czy sumienność w pracy.
Skąd biorą się powyższe opinie ciężko jednoznacznie stwierdzić.
Często są one spowodowane niedostateczną wiedzą, brakiem informacji bądź selektywnością przekazywanych chociażby w telewizji faktów. Wypowiadamy się na dany temat powtarzając to co zasłyszeliśmy, niekoniecznie dowiadując się u źródła, będąc świadkiem sytuacji, zwiedzając kraj, poznając jego mieszkańców. Podążamy za innymi jak stado baranów tkwiąc w ignorancji.
Drugą kwestią jest sposób, w jaki reprezentujemy Polskę poza jej granicami. Wiadomo, że negatywy szybciej przyciągają uwagę i zapadają w pamięć. Na własne oczy wielokrotnie przekonałam się, że Polacy przechadzający się ulicami Francji, w skarpetkach i klapkach basenowych, ochoczo pociągając sobie z puszki oraz radośnie k..wując istnieją w świecie realnym :\ Oczywiście tego typu jegomoście byli, są i będą wszędzie ALE tu polaczek frankowi nierówny.
Stereotypów oraz sytuacji wynikających z powyżej wymienionych powodów, z jakimi się zetknęlam nie zliczyłabym na palcach obu rąk. Grzechem głównym, jaki się nam zarzuca jest pijaństwo.
Niemal przy każdym wyjściu wieczornym proponuje się mi ( w moim odczuciu) wręcz niemożliwe do skonsumowania ilości alkoholu- najczęściej wódki. Bo przecież Polka. Wielokrotnie, odmawiając spotykam się z kompletnym zaskoczeniem i zapytaniem: TO CO Z CIEBIE ZA POLKA??
Istnieje we Francji określenie "pijany jak Polak", które źle interpretowane zaczyna zmieniać swoje pierwotne znaczenie.
Jak wiecie albo i nie, sformułowanie to wywodzi się z czasów wojen napoleonskich. Dopuszczanych jest kilka genez, w których powtarza się podobna sytuacja. Żołnierze Napoleona uczestniczą w libacji alkoholowej, po której oddziały polskie jako jedyne stawiają się na służbę, dokonując bohaterskich czynów i pokonując wroga. W każdej z możliwych hipotez Napoleon ma wypowiedzieć zdanie o podobnym znaczeniu. Np. " Życzyłbym sobie, aby każdy żołnierz mojej armii był zawsze pijany jak Polak ".
Oznacza to, iż pierwotnie, pijanym jak Polak był ktoś kto pomimo spożycia znacznej ilości alkoholu zachowywał sprawność fizyczną oraz umysłową, dzięki czemu w dalszym ciągu był w stanie dokonać właściwego osądu sytuacji oraz podjąć właściwe kroki. Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że rzeczony Polak to człowiek czynu, ktoś sumienny i oddany sprawie.
Niestety dziś mało kto przypomina sobie etymologię tego określenia a pijanym jak Polak nazywa się kogoś kto upił się na tak zwany umór.
Dodatkowo, zwrot ten najczęściej powtarzany jest przez osoby niemające pojęcia na temat kultury picia w Polsce, które nigdy naszego kraju nie widziały.
Oczywiście nie mogę wypowiadać się w temacie każdej osobnej jednostki ale wydaje mi się, że przeciętny, dzisiejszy Lechita sięga po mocny alkohol w większych ilościach okazjonalnie a wyjście ze znajomymi na piwo nie kończy się balangą do białego rana. W niektórych domach pija się wino do obiadu lub sięga po trunek z wyższej pułki raz na jakiś czas. Nie wydaje mi się, żebyśmy uskuteczniali opilstwo w większym stopniu niż inne narody, tym bardziej Francuzi.
Mam wrażenie, że we Francji życie towarzyskie bez alkoholu nie istnieje. Wielkim nietaktem jest goszczenie sąsiada czy znajomego bez zaproponowania tzw. apéritif, który przeciąga się niekiedy do późnego wieczoru. Najczęściej bywa tak w mniejszych miejscowościach, gdzie do wyboru mamy niewiele rozrywek a główną z nich stanowi wycieczka do pobliskiego baru, nazywanego często "bureau de tabac" czyli sklepem z wyrobami tytoniowym. Ze sklepem ma to często niewiele wspólnego gdyż, nazywając rzeczy po imieniu, jest to zwyczajna knajpczyna, gdzie dodatkowo można kupić papierosy czy prasę. Nie jest to regułą- niekiedy tego typu lokale połączone są ze sklepikiem wielobranżowym, stoiskiem ze słodyczami czy pieczywem. I w ten oto sposób południowy kir czy kufelek chłodnego piwka możemy nazwać wyprawą do piekarni ;)
Kiedy juz wystarczająco zaostrzymy nasz apetyt udajemy się do domu na posiłek, popijany kilkoma szklaneczkami wina. Następnie między posiłkami małe piwko, może zjawi się niezapowiedziany gość, należałoby go godnie przyjąć, skosztować nowej nalewki, pokazać zapasy w piwniczce. Wieczorem kolacja z nieodłączną karafką ulubionej berbeluchy - i tak przez cały dzień towarzyszy nam nieskalany złą myślą chumor.
Pragnę zaznaczyć, że powyższy opis należy traktować z przymrużeniem oka. Rzecz jasna przeciętny Francuz pracuje, w związku z czym nie popija piwka czy innych napitków w ciągu dnia. Nie każdy zaprasza codzień sąsiadów na popołudniowe ploteczki przy pinocie lub pędzi punkt dwunasta na szklaneczkę pastisu;)
Mój wywód jest nieco przerysowany, w żadnym wypadku nie chcemy tworzyć stereotypu Francuza- opoja ;)
Reasumując, we Francji, jak zresztą wszędzie, lubimy generalizować, co nie zawsze jest najlepszym pomysłem. Rozmawiajmy, obserwujemy i kształtujmy swoje poglądy sami- niezależnie od tego gdzie żyjemy, jakimi osobami się otaczamy lub co powiedział pan Henio spod dziewiątki.
Mamy swój rozum, który poprzez kierowanie się utartymi opiniami niepotrzebnie ograniczany ;)
Tak, chyba to już wszystko co chciałam powiedzieć światu B)
Do stworzenia tego posta zainspirował mnie wczorajszy wieczór spędzony w gronie znajomych, dyskusje przy butelce rosé oraz mój ukochany, który został zwolniony do domu dopiero dziś w południe :D
Mam nadzieję, że przeczytaliście post z zainteresowaniem i uśmiechem na ustach oraz że spotkamy się na moim blogu niebawem :)
Zapraszam do wyrażania opinii na temat blogu, posta oraz zadawania pytań jeśli takowe Wam się nasuną w trakcie czytania.
Jeśli chcielibyście abym poruszyła jakiś konkretny temat w najbliższym czasie, z radością przyjmę wszelkie sugestie.
Pozdrawiam Was ciepło,
Do następnego!
Bisous ;*
Nasz kraj jak i jego obywatele, za granicą postrzegani są wyjątkowo stereotypowo. Wielu obcokrajowcom Polak kojarzy się negatywnie- Polak pije, kradnie, jest zacofany, malo ambitny, najczęściej wywodzi się z rodziny biednej- szuka więc szczęścia poza granicami Polski jako pracownik fizyczny.
Istnieją również "pozytywne" stereotypy takie jak piękne Polki czy sumienność w pracy.
Skąd biorą się powyższe opinie ciężko jednoznacznie stwierdzić.
Często są one spowodowane niedostateczną wiedzą, brakiem informacji bądź selektywnością przekazywanych chociażby w telewizji faktów. Wypowiadamy się na dany temat powtarzając to co zasłyszeliśmy, niekoniecznie dowiadując się u źródła, będąc świadkiem sytuacji, zwiedzając kraj, poznając jego mieszkańców. Podążamy za innymi jak stado baranów tkwiąc w ignorancji.
Drugą kwestią jest sposób, w jaki reprezentujemy Polskę poza jej granicami. Wiadomo, że negatywy szybciej przyciągają uwagę i zapadają w pamięć. Na własne oczy wielokrotnie przekonałam się, że Polacy przechadzający się ulicami Francji, w skarpetkach i klapkach basenowych, ochoczo pociągając sobie z puszki oraz radośnie k..wując istnieją w świecie realnym :\ Oczywiście tego typu jegomoście byli, są i będą wszędzie ALE tu polaczek frankowi nierówny.
Stereotypów oraz sytuacji wynikających z powyżej wymienionych powodów, z jakimi się zetknęlam nie zliczyłabym na palcach obu rąk. Grzechem głównym, jaki się nam zarzuca jest pijaństwo.
Niemal przy każdym wyjściu wieczornym proponuje się mi ( w moim odczuciu) wręcz niemożliwe do skonsumowania ilości alkoholu- najczęściej wódki. Bo przecież Polka. Wielokrotnie, odmawiając spotykam się z kompletnym zaskoczeniem i zapytaniem: TO CO Z CIEBIE ZA POLKA??
Istnieje we Francji określenie "pijany jak Polak", które źle interpretowane zaczyna zmieniać swoje pierwotne znaczenie.
Jak wiecie albo i nie, sformułowanie to wywodzi się z czasów wojen napoleonskich. Dopuszczanych jest kilka genez, w których powtarza się podobna sytuacja. Żołnierze Napoleona uczestniczą w libacji alkoholowej, po której oddziały polskie jako jedyne stawiają się na służbę, dokonując bohaterskich czynów i pokonując wroga. W każdej z możliwych hipotez Napoleon ma wypowiedzieć zdanie o podobnym znaczeniu. Np. " Życzyłbym sobie, aby każdy żołnierz mojej armii był zawsze pijany jak Polak ".
Oznacza to, iż pierwotnie, pijanym jak Polak był ktoś kto pomimo spożycia znacznej ilości alkoholu zachowywał sprawność fizyczną oraz umysłową, dzięki czemu w dalszym ciągu był w stanie dokonać właściwego osądu sytuacji oraz podjąć właściwe kroki. Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że rzeczony Polak to człowiek czynu, ktoś sumienny i oddany sprawie.
Niestety dziś mało kto przypomina sobie etymologię tego określenia a pijanym jak Polak nazywa się kogoś kto upił się na tak zwany umór.
Dodatkowo, zwrot ten najczęściej powtarzany jest przez osoby niemające pojęcia na temat kultury picia w Polsce, które nigdy naszego kraju nie widziały.
Oczywiście nie mogę wypowiadać się w temacie każdej osobnej jednostki ale wydaje mi się, że przeciętny, dzisiejszy Lechita sięga po mocny alkohol w większych ilościach okazjonalnie a wyjście ze znajomymi na piwo nie kończy się balangą do białego rana. W niektórych domach pija się wino do obiadu lub sięga po trunek z wyższej pułki raz na jakiś czas. Nie wydaje mi się, żebyśmy uskuteczniali opilstwo w większym stopniu niż inne narody, tym bardziej Francuzi.
Mam wrażenie, że we Francji życie towarzyskie bez alkoholu nie istnieje. Wielkim nietaktem jest goszczenie sąsiada czy znajomego bez zaproponowania tzw. apéritif, który przeciąga się niekiedy do późnego wieczoru. Najczęściej bywa tak w mniejszych miejscowościach, gdzie do wyboru mamy niewiele rozrywek a główną z nich stanowi wycieczka do pobliskiego baru, nazywanego często "bureau de tabac" czyli sklepem z wyrobami tytoniowym. Ze sklepem ma to często niewiele wspólnego gdyż, nazywając rzeczy po imieniu, jest to zwyczajna knajpczyna, gdzie dodatkowo można kupić papierosy czy prasę. Nie jest to regułą- niekiedy tego typu lokale połączone są ze sklepikiem wielobranżowym, stoiskiem ze słodyczami czy pieczywem. I w ten oto sposób południowy kir czy kufelek chłodnego piwka możemy nazwać wyprawą do piekarni ;)
Kiedy juz wystarczająco zaostrzymy nasz apetyt udajemy się do domu na posiłek, popijany kilkoma szklaneczkami wina. Następnie między posiłkami małe piwko, może zjawi się niezapowiedziany gość, należałoby go godnie przyjąć, skosztować nowej nalewki, pokazać zapasy w piwniczce. Wieczorem kolacja z nieodłączną karafką ulubionej berbeluchy - i tak przez cały dzień towarzyszy nam nieskalany złą myślą chumor.
Pragnę zaznaczyć, że powyższy opis należy traktować z przymrużeniem oka. Rzecz jasna przeciętny Francuz pracuje, w związku z czym nie popija piwka czy innych napitków w ciągu dnia. Nie każdy zaprasza codzień sąsiadów na popołudniowe ploteczki przy pinocie lub pędzi punkt dwunasta na szklaneczkę pastisu;)
Mój wywód jest nieco przerysowany, w żadnym wypadku nie chcemy tworzyć stereotypu Francuza- opoja ;)
Reasumując, we Francji, jak zresztą wszędzie, lubimy generalizować, co nie zawsze jest najlepszym pomysłem. Rozmawiajmy, obserwujemy i kształtujmy swoje poglądy sami- niezależnie od tego gdzie żyjemy, jakimi osobami się otaczamy lub co powiedział pan Henio spod dziewiątki.
Mamy swój rozum, który poprzez kierowanie się utartymi opiniami niepotrzebnie ograniczany ;)
Tak, chyba to już wszystko co chciałam powiedzieć światu B)
Do stworzenia tego posta zainspirował mnie wczorajszy wieczór spędzony w gronie znajomych, dyskusje przy butelce rosé oraz mój ukochany, który został zwolniony do domu dopiero dziś w południe :D
Mam nadzieję, że przeczytaliście post z zainteresowaniem i uśmiechem na ustach oraz że spotkamy się na moim blogu niebawem :)
Zapraszam do wyrażania opinii na temat blogu, posta oraz zadawania pytań jeśli takowe Wam się nasuną w trakcie czytania.
Jeśli chcielibyście abym poruszyła jakiś konkretny temat w najbliższym czasie, z radością przyjmę wszelkie sugestie.
Pozdrawiam Was ciepło,
Do następnego!
Bisous ;*
Subskrybuj:
Posty (Atom)











