Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z życia wzięte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z życia wzięte. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 października 2014

Oficjalny francuski Michael Kors wyprzedaje za grosze ;)


Przeglądając dziś facebooka natknęłam się na coś wspaniałego. Michael Kors wyprzedaje! I to jak?!
Torebki z 2014 roku przecenione z 400€ na 49 :)
Coś pięknego ;) Pierwsza myśl: "kup 10!".
Długo nie mogłam się zdecydować, szperalam w internecie 4 h przebierając w kolorach i modelach i porównując zdjęcia z filmikami na YouTube by upewnić się, że wybrane skarby są prawdziwe.
Prześledziłam sumiennie zakładki dotyczące regulacji prawnych, polityki firmy itp.
W końcu zdecydowana na zakup utworzyłam konto na stronie

środa, 24 września 2014

Black Opium-->Valentina-->Si Lolita-->J'adore + Złota zasada zakupoholiczki


Po trzech miesiącach ciągłej pracy i rozjazdów wreszcie powracam do blogosfery- bogatsza o bagaż doświadczeń i wyprzedażowych dobroci :)
Nazbieralo się zaległych recenzji, zdjęć, hauli, sklepów online godnych i niegodnych polecenia.
Dziś zdecydowałam się na krótką notkę o perfumach, które kupiłam by z lekkim poślizgiem uczcić moje lipcowe urodziny.
   Parę tygodni temu udałam się do perfumerii Beauty Success w poszukiwaniu Black Opium od YSL, wypatrzonego jakiś czas temu na Sephora.fr. Oczarowana tajemniczym opisem i kawową nutą postanowiłam, że muszę je mieć.
Na miejscu przemiła pani poinformowała mnie, że nie ma mojego wymarzonego flakonu w sprzedaży ALE "może dać mi powąchać". Uśmiałam się szczerze :) No tak, jeśli gdzieś ma nie być tego czego szukam to tylko w Wandei. Najbliższa Sephora to już inny region i 40 minut jazdy samochodem, porządne sieciówki podobnie, Nocibé jakieś takie ubogie- nic tylko kupować na ślepo przez internet...

sobota, 7 czerwca 2014

Dzień niespodzianek z Yves Rocher (atak os, masakra w pudełku i reklamacja)



***
Pani listonosz dostarczyła mi dziś jedną z wielu wyczekiwanych paczek- zamówienie od Yves Rocher.
Nie było mnie w domu więc postanowiła zostawić pudełko w ogrodzie. Odchyliła furtkę i... Została boleśnie pokąsana przez osy!
Podczas godzinnej przerwy w pracy zapragnęłam zajrzeć do domu by sprawdzić czy moje skarby już do mnie dotarły- nagle zza ogrodzenia wypadł sąsiad krzycząc:
- Panienka uważa!!!
Zdążyłam odwrócić głowę w jego kierunku i poczułam pieczenie na ramieniu. Kilka rozwścieczonych os rzuciło się w moim kierunku. Przerażona, piszcząc i machając rękoma popędziłam do garażu :) Czekałam tam dobre 15 minut, bojąc się otworzyć drzwi. Gdy wreszcie doszłam do wniosku, że szkoda mi mojej przerwy, złapałam za spray owadobójczy i zakradłam się na tyły domu. Wokół furtki roiło się od żółtoczarnych potworów. Zarzuciłam na twarz bluzę i ruszyłam pędem przed siebie pryskając produktem na ślepo dookoła. Po kilku rundkach udało mi się przerzedzić armię nieprzyjaciół. Rozejrzałam się w poszukiwaniu gniazda- te okropieństwa zbudowały sobie domek w zamku!
Zakleiłam dokładnie produktem czeluści wspomnianego zamku w nadziei, że wściekłe bestie nie wrócą.
Uff... Udało się ;)



***

Po zjedzeniu szybkiego lunchu zabrałam się za rozpakowywanie moich wspaniałości.
Przebierałam nogami, nie mogąc doczekać się kiedy sobie wszystkiego podotykam, powącham, pobazgrzę po rękach i paznokciach.
Gdy udało mi się porozrywać karton, w nos uderzył mnie zapach lakieru do paznokci!
Przyjrzałam się bliżej zawartości- wszystko zalane było srebrną mazią! Na dnie leżała strzaskana buteleczka, zupełnie opróżniona. 
Pospiesznie zaczęłam przeglądać wszystkie produkty- prawie każde opakowanie uklejone, brudne, temperówka pęknięta, faktura nieczytelna!
Myślałam, że się wscieknę!
Na szczęście liczne buteleczki z perfumami nie ucierpiały, krem wyszedł z tej sytuacji bez uszczerbku, pozostałe lakiery w porządku (tyle, że upaskudzone).
No to pięknie...



***

Zostało mi pięć minut do wyjścia. Wściekła na stan przesyłki postanowiłam, że nie będę czekała do jutra z reklamacją- dzwonię do YR natychmiast! 
Telefon odebrała przemiła pani- powitała mnie z uśmiechem (tak, tak, uśmiech słyszy się przez telefon).
Wytłumaczyłam zwięźle w czym problem. Zanim zdążyłam zapytać o procedurę usłyszałam krótkie pytanie: 
- Pani numer klienta?
Podałam. Pani upewniła się co do mojego adresu i zawartości paczki po czym stwierdziła:
- Bardzo nam przykro, że tak się stało. Zupełnie nie rozumiem jak do tego doszło, bardzo dbamy o odpowiednie zapakowanie zamówienia oraz jego dostarczenie.
Szybka myśl zaświtała mi w głowie: "Aha... Ciekawie się zapowiada. Pewnie będę płacić za odesłanie i czekać na kosmetyki, które potrzebne mi są na już!"
Po chwili konsultantka dodała:
- Proszę nie odsyłać pudełka, wyślemy pani drugie, identyczne. Dołożymy wszelkich starań by taka sytuacja się nie powtórzyła.
Hohoho... To się nazywa fachowa obsługa klienta ;)



***

Po paru godzinach przeszło mi przez myśl, że może wtopa z przesyłką nie wyniknęła z niewłaściwego sposobu zapakowania lub transportu... Tak sobie dywaguję... A jeśli to pani listonosz przerażona watahą os upuściła paczkę..? 
Swoją drogą to ciekawe, że producent wierzy klientowi na słowo. Przecież każdy kto zna procedurę mógłby zgłosić nieistniejący problem i skorzystać z darmowej, drugiej partii kosmetyków.
Ciekawa też jestem jak potoczyłaby się sytuacja w Polsce- czy równie szybko i bezproblemowo?

Pozwólcie, że w tym poście nie podzielę się z wami zawartością przesyłki. Zrobię to gdy dotrą do mnie nowe, czyste produkty ;)

Dajcie znać czy przydarzyło wam się kiedyś coś podobnego i jak poradziliście sobie z reklamacją :)
Mnie szczerze mówiąc, tak przyjaźnie potraktowano po raz pierwszy!

Bisous!

poniedziałek, 12 maja 2014

krwiste mięso, kawa i ziemniaki w proszku


Hej hej!
Dziś pokrótce o tym co i jak jedzą Francuzi :)
Przeglądając zdjęcia z długiego weekendu natknęłam się na fotkę przedstawiającą kawał niedopieczonego mięsa w towarzystwie pięciu bagietek i wina. Tym czego nie udało mi się uwiecznić było purée (o zgrozo) z torebki.
Wystarczyłoby dorzucić dzban kawy i trochę pleśniowego sera a naszym oczom ukazałby się obrazek, wypisz wymaluj przedstawiający kwintesencję domowej kuchni francuskiej.
Wracając do majówkowego posiłku, nie mogę nie wspomnieć o oburzeniu, jakie wywołałam odkładając moją porcję mięsa spowrotem na grill :D Następnie jako jedyna odmówiłam wina oraz sałaty z sosem vinaigrette...

Są tacy, którzy lubią tego typu połączenia, ja do nich niestety nie należę. Na moje nieszczęście jestem miłośniczką typowo polskiej kuchni- pozwoliłabym się pokroić za kwaśny bigos, prawdziwy rosół z wiejskiej kury czy gołąbki. Tu natomiast kapusta i ogórki kiszone budzą strach przed zatruciem pokarmowym a wspomnienie o prawdziwym białym twarogu wywołuje grymas na twarzy.
Pamiętam jak dziś mojego kolegę- Élisée, który zupę pomidorowym dopieszczoną do granic możliwości (na domowym wywarze z warzyw i mięsa) potraktował jak makaron z sosem i dopchnął chlebem. Nigdy nie zapomnę również szoku jaki u niego wywołałam przygotowując na śniadanie bardzo lekko ściętą jajecznicę na boczku i cebuli.
Moje przerażenie budzi również wszechobecny brak świeżych surówek. By zaznać luksusu zjedzenia obiadu ze skromną kompozycją warzyw udawać się muszę do "chińczyka", gdzie za maleńkie pudeleczko w połowie wypchane (ku mej rozpaczy) tofu i gumiastymi kalmarami płacę 6€. Po wygrzebaniu wszystkiego co budzi moją niechęć zostaje mi skromna porcyjka akurat na jeden raz. Ach, jakże marzy mi się pojemniczek ze Społem lub pyszna tatowa surówka z masą zieleniny i dobroci ryneczkowych.
Po przyjeździe do Francji na próżno wyczekiwałam swojej pierwszej wizyty w McDonaldzie, gdzie wydawało mi się, że odnajdę colesława- czekało mnie tam bolesne rozczarowanie. Zamiast rzeczonej surówki znalazłam sałatki z gotowanych buraczków, marchewki i kuskusu, obowiązkowo zalane tym co kocham, czyli vinaigrette.
Kolejnym zaskoczeniem była dla mnie pierwsza francuska pizza. W zasadzie bardziej przypominała ona kisz. Połowa składników powędrowała na nią prosto z puszki co skutkowało efektem ugotowanych jarzyn. Dodatkowo znakomita część pozycji w lokalu przygotowana była na bazie śmietany (zamiast sosu pomidorowego). Zdziwienie mniejsze lub większe wywołała u mnie obecność składników takich jak mięso mielone, ziemniaki, siekana natka pietruszki czy sos barbecue. O sosach pomidorowym i czosnkowym nie było mowy- do placka dostaniemy saszetkę pikantnej oliwy. Teoretycznie tak właśnie powinno jeść się pizzę- z oliwą, natomiast jako fanka zalewania potraw wszelkimi dipami zawsze przed planowanym zamówieniem przygotowuję sobie dodatek czosnkowy z jogurtem. Wygląda na to, że pizzy z kabanosem i jalapeño zalanej czerwonym i białym sosem długo jeszcze nie zobaczę ;)
Po ustaleniu, że tego typu przysmak we Francji do moich ulubionych nie należy postanowiłam postawić na amerykańskiego burgera z frytkami- co mogłoby pójść nie tak? I tu znów niespodzianka: kanapka składała się z ogromnej bagietki przekrojonej na pół, wypchanej mięsem mielonym potraktowanym keczupem i majonezem oraz frytek. Samym chlebem nakarmiłabym całą rodzinę- swoją oczywiście bo Francuz pewnie wciągnąłby ją nosem z pierwszym lepszym spaghetti ;) Nie twierdzę, że mi nie smakowało ale z pewnością nie był to szczyt moich marzeń w chwili, w której prosiłam o amerykańskiego hamburgera.
Jednak na tytuł kulinarnego rozczarowania roku zasłużyło moje Boże Narodzenie spędzone tutaj. Gdy zasiadłam do wigilijnej kolacji mym oczom ukazała się (olaboga) przystawka: foie gras, łosoś wędzony na zimno, krewetki oraz ostrygi. Następnie uraczono mnie Coquille Saint Jacques w sosie porowym czyli przegrzebkami (nie wiem czy wspominałam już, że owoce morza to jedna z rzeczy, których za nic w świecie nie wezmę do ust) podanymi standardowo z pieczywem. Niektórzy Francuzi bardzo nie lubią marnować czasu na wystawianie przy piekarniku toteż w marketach takich jak Hyper U mają możliwość zamówienia gotowych, porcjowanych dań, termicznie zapakowanych w plastik. Wrzucamy takie pysznosci do mikrofali i hop! Gotowe! Dla każdego coś dobrego ;) Taka właśnie delicja trafiła na mój talerz wieczoru wigilijnego.

Na samą myśl o domu rodzinnym i moich bliskich spędzających ten szczególny wieczór razem łezka kręciła się w oku a do tego mieszanka zapachów wypełniających jadalnię przyprawiała o zawrót głowy. Z rozgoryczeniem wymieniałam w myślach potrawy przygotowane przez moją mamę w Polsce. Niestety świąteczny sernik przyszło mi zastąpić kremem z serkiem mascarpone a kompot z suszonych owoców winem-przynajmniej było wesoło.
Są jednak dania, których w Polsce nigdy nie próbowałam, a które skradły moje serce. Należy do nich królik w sosie musztardowym (ach, gdyby jeszcze tak pokusił się o przygotowanie świeżej surówki), wandejskie préfou czyli pieczywo bez drożdży z masłem i czosnkiem oraz wszelkie suflety. Stałam się również fanką surowego bobu z chlebem, masłem i solą ;)
Prócz wymienionych przysmaków Francuzi posiadają również w swoim jadłospisie odpowiedniki znanych nam pozycji np. brioszkę, która przypomina chałkę, ratatouille- po odpowiednim doprawieniu i dodaniu akcentu mięsnego uzyskamy coś bliskiego leczu.
Tutejszy system żywienia różni się dość znacznie od naszego.
Rano nie ma mowy o treściwym śniadaniu. Nie liczcie na owsiankę czy jajka. Zamiast tego pije się tu kawę lub sok, przegryza rogalik, tosta czy brioszkę z konfiturą.
Między południem a 14h00 spożywa się śniadanie (ciekawe- u nas to już obiad). W skład śniadania wchodzą przystawki (wędliny, sałatki, jajka, ryby, zupy), danie główne (najczęściej na ciepło choć znam takich, na których talerzu znajdą się chipsy i plaster szynki), deser (coś słodkiego, jogurt, ser). Oczywiście spożywając déjeuner pamiętamy o winie i bagietce. Po deserze podaje się kawę.
Ok 16-16h30 przychodzi pora podwieczorku. Zasada ta dotyczy szczególnie dzieci i młodzieży. Młodsi sięgają po ciastka, brioszkę, tosty a starsi kawę lub również słodką przekąskę.
Ostatni w kolejności jest dîner. Odbywa się on podobnie jak śniadanie (czyli nasz obiad), z tą różnicą, że jemy nieco skromniej, pamiętając o winie, deserze i kawie.
Ciekawostka:
Słynna francuska zupa cebulowa nie jest aż takim specjałem jak by się mogło wydawać- najczęściej serwuje się ją nowożeńcom w noc poślubną. Posileni małżonkowie nabierają sił by starać się o potomstwo. Tradycja ta była bardzo popularna dawniej, w czasach gdy młodzi pomieszkiwali u rodziców. Goście weselni wpadali znienacka do sypialni by podać zakochanym drażniącą nos polewkę- praktyce tej towarzyszyło często sporo śmiechu gdyż niektórym żartownisiom zachciewało się urozmaicać potrawę o składniki przypominające np. (tak, to prawda potwierdzona wspomnieniami świadków oraz zdjęciami) kupę ;)

Tym oto uroczym akcentem zakańczam dzisiejszy post.
Podobnie jak w notce "Pijany jak Polak", przypominam, że zawarte tu treści są częściowo subiektywne lub uogólnione.
Jeśli ktoś poczuł się urażony moimi uwagami na temat dokonań kulinarnych Francuzów, podkreślam, że są to moje odczucia powodowane przyzwyczajeniami, gustem oraz tym co dane mi było do tej pory poznać. Z pewnością nie płyną one z braku otwarcia na to co nowe- informuję, że dla dobra sprawy spożyłam ślimaki oraz jądra barana ;) Nie wspominam o nich we wpisie gdyż nie zakwalifikowałam ich ani do grupy doznań wywołujących traumę ani tych wynoszących pod nieboskłon.

Jak zawsze mam nadzieję, że przyjemnie czytało się wam mój niekontrolowanie przydługi post :)
Będzie mi bardzo miło jeśli dacie znać co myślicie o treści w nim zawartej oraz całym moim kąciku.
Owocnego poniedziałku!
;*